Karol Wojtyła i Bieszczady.

       Karol Wojtyła i Bieszczady.

Z książki Andrzeja Potockiego pod tytułem „Bieszczadzkimi i beskidzkimi śladami Karola Wojtyły” wybrał Janusz Rautszko.

 

„Wydarzenie, jakie widzimy na zdjęciu z udziałem Ks. Karola Wojtyły, późniejszego Papieża, dziś już Św. Jana Pawła II miało miejsce podczas wyprawy Karola Wojtyły w Bieszczady, w sierpniu 1953 r.

Ksiądz Wojtyła wraz z grupą szesnastu przyjaciół wyruszył 3 sierpnia 1953 r. z Krakowa pociągiem do Ustrzyk Dolnych. Miasteczko, które dwa lata wcześniej oddali nam Rosjanie, było zaniedbane i ponure, ledwie w części zaludnione. W rynku stał betonowy pomnik Stalina.

W dniu następnym jakąś ciężarówką dojechali do Ustrzyk Górnych. W strażnicy WOP-u udzielono im gościny na strychu. 5 sierpnia wyruszyli z Ustrzyk Górnych na Tarnicę, by pod wieczór powrócić do bazy. Pogoda była deszczowa i dopiero 7 sierpnia zdecydowali się na dalszą wędrówkę. Przez połoniny: Caryńską i Wetlińską oraz Smerek doszli po szesnastu godzinach marszu do Cisnej. Następnego dnia przez Wołosań, Chryszczatą i Jeziorka Duszatyńskie dotarli do Komańczy, gdzie przenocowali w klasztorze ss. nazaretanek. Zostali tu także na dzień następny.

W dalszą trasę wyruszyli 10 sierpnia, by przez pasmo Bukowicy i wyludnione Puławy dojść do równie wyludnionej Tarnawki, gdzie zatrzymali się na nocleg. Ostatecznie swój przemarsz czerwonym beskidzkim szlakiem zakończyli 15 sierpnia w Krynicy. Tak było ”

„Niemniej ciekawe są opisy kolejnych pobytów ks. Karola Wojtyły w Bieszczadach, w kolejnych latach: 1956 i 1957.

W dniach od 3 do 12 sierpnia 1956 r. z grupą dziesięciu studentów znów przyjechał w Bieszczady. 3 sierpnia dojechali pociągiem do Zagórza i tu przenocowali. W kolejnym dniu znów pociągiem dojechali do Komańczy. Wówczas w klasztorze był jeszcze więziony ks. kardynał Stefan Wyszyński. Nie mieli zatem szans tam się dostać, bo na drodze do klasztoru stał szlaban i obok niego budka strażnicza, a w niej wartownik.

Z Komańczy poszli polnymi drogami i wiejskimi gościńcami przez wyludnione i wypalone wsie: Prełuki, Duszatyn, Mików, Smolnik i dalej na Wolę Michową, Maniów i Balnicę do Solinki. Z Solinki przez Matragonę doszli do Hyrlatej i tam rozbili obóz. Nazajutrz – 6 sierpnia, ks. Wojtyła odprawił tutaj mszę świętą „z cudnymi widokami”, po czym zeszli do Cisnej.

7 sierpnia doszli do wsi Smerek i przez szczyt Smerek weszli na Połoninę Wetlińską, a następnie przez Dwernik Kamień zeszli do Nasicznego, kolejnej zupełnie zniszczonej wsi. Stąd weszli w dolinę Caryńskiego potoku i po przejściu granią Połoniny Caryńskiej zeszli do Berehów Górnych, gdzie wypadł im nocleg. Stamtąd przez Rawki przedwojennym szlakiem niebieskim dotarli do Ustrzyk Górnych.

10 sierpnia powtórzyli trasę sprzed trzech lat, wychodząc na Tarnicę, Halicz i Bukowe Berdo, z którego dotarli na Widełki i potem wrócili szosą do Ustrzyk Górnych.

11 sierpnia trasa była raczej spacerowa. Szli bowiem starymi gościńcami znów przez nieistniejące wsie: Bereżki, Stuposiany, Smolnik, Dwerniczek, Chmiel, Zatwarnicę, Sękowiec i Hulskie do Krywego. W Hulskiem i Krywem zastali ruiny murowanych cerkwi.

W ostatnim dniu przez Tworylne, Rajskie, Chrewt, Teleśnicę Sannę, Daszówkę, Teleśnicę Oszwarową i Łobozew doszli do Ustianowej, gdzie wsiedli do pociągu do Zagórza, a stamtąd odjechali do Krakowa.

W 1957 r. dwukrotnie ks. Wojtyła z młodzieżą odwiedzał Bieszczady.

Grupa „Wujka”, bo tak zwracali się do Niego uczestnicy tych wypraw, przyjechała w Beskid Niski i Bieszczady już 1 lipca, ale On dojechał z Krakowa z grupą trzech osób dopiero 9 lipca.

W Stróżach pociąg do Zagórza zastali spóźniony, więc i do Komańczy dojechali późno, bo około 21.30. Stąd natychmiast wyruszyli nad Jeziorka Duszatyńskie, gdzie miała czekać na nich tamta grupa (8 osób). Dotarli na miejsce około 1 w nocy i nie mogli się odnaleźć. Nocowali, jak się później okazało, nieopodal tamtej grupy, z którą spotkali się dopiero rano. Pogoda była znakomita. Rano ks. Wojtyła odprawił mszę świętą. Potem poszli przez Chryszczatą na przełęcz Żebrak, gdzie biwakowali do następnego dnia. Następnie przez Wołosań zeszli do Cisnej i kolejny biwak założyli w Lisznej.

12 lipca z Lisznej przez Jasło dotarli do Okrąglika, by dalej pójść przedwojennym szlakiem czerwonym beskidzkim wzdłuż granicy polsko-czechosłowackiej aż do Dziurkowca, gdzie nocowali „z nogami po słowackiej stronie”.

W kolejnym dniu nadal szli wzdłuż granicy i przez Kremanaros zeszli na Rawki, i dalej do Ustrzyk Górnych. 14 lipca przez Szeroki Wierch wyszli na Tarnicę, potem przez Krzemień na Halicz, gdzie dopada ich straszna ulewa, i stamtąd przez Rozsypaniec i przełącz Bukowską zeszli do Wołosatego, skąd powrócili do Ustrzyk Górnych.

W dniu następnym, 15 lipca, grupa pożegnała się z „Wujkiem”. Były podziękowania i śpiewy: „W tawernie meksykańskiej raz”, „Mycie nóg, życia wróg” i „Skrzypiący Alek” na melodię „Po nocnej rosie”. Wyjeżdżając przygodną ciężarówką, zostawili „Wujka” niemal bez jedzenia, z jedną kromką chleba. W tamtym czasie najbliższe sklepy były w Cisnej i Lutowiskach.

16 lipca przyjechała ciężarówką druga ośmioosobowa grupa.

Zaczęły się słotne dni i deszcz padał niemal każdego dnia, dlatego też przez kilka dni biwakowali pod namiotami w Ustrzykach Górnych, robiąc wypady na Tarnicę i Halicz oraz na Połoninę Caryńską i Połoninę Wetlińską, a także na Małą Rawkę i Dużą Rawkę. Każdego dnia ktoś inny zostawał w bazie.

Raz taki dyżur przypadł również ks. Wojtyle. Do bazowego należało palenie ogniska i suszenie mokrych rzeczy w przerwach między opadami. Niestety nazbyt głęboka medytacja „Wujka” spowodowała, że z jednych spodni zostały tylko nogawki, resztę pochłonął ogień.

Kiedy przestało padać, postanowili, idąc dawnym gościńcem przez Berehy Górne, Wetlinę, Smerek i Dołżycę, przenieść obóz w pobliżu Cisnej. Stamtąd w dalszym ciągu robili kilkugodzinne wypady, tym razem w urokliwą dolinę górnej Solinki i na okoliczne szczyty. Zdarzało im się nie korzystać ze szlaków, tylko chodzić na azymut i wtedy niejednokrotnie musieli przedzierać się przez gęste zarośla.

Na Jaśle była msza święta przy ołtarzu z kamieni, bo na każdą wycieczkę ksiądz Karol Wojtyła zabierał ze sobą „turystyczny sprzęt liturgiczny”: relikwiarz, skręcany z dwóch części kielich, mały mosiężny krzyż, dwie ampułki na wino i wodę, srebrną małą tackę, dwa pudełeczka na hostie i komunikanty, dzwoneczek, szaty liturgiczne oraz specjalne tenisówki.

Pogoda nadal była deszczowa. Jednej nocy deszcz w Cisnej tak bardzo padał, że zatopiło im część obozu i trzeba było kilka namiotów ewakuować. Coraz trudniej było wysuszyć przemoczoną odzież i buty. Większość czasu spędzano przy ognisku na rozmowach i śpiewach.

Wyprawa skończyła się 25 lipca powrotem do Krakowa, skąd już dwa dni później ks. Wojtyła wyruszył z młodzieżą na spływ kajakowy Pisą.

„Okazuje się, że od jesieni 1957 r. do lata 1968 r. był tu Karol Wojtyła jeszcze sześciokrotnie!

I tak, kolejny turystyczny pobyt ks. Wojtyły w Beskidzie Niskim i Bieszczadach trwał od 5 do 15 września 1957 r.

Przyjechali w piętnaście osób do stacji kolejowej Rymanów we Wróbliku Szlacheckim, skąd przeszli przez Ladzin, Rymanów i Posadę Górną do Rymanowa Zdroju.

W Rymanowie Zdroju pierwsze trzy dni, od 5 do 7 września, biwakowali, znów zapewne za uzdrowiskiem, na Stajniskach.

W drugim dniu dołączyła jeszcze jedna uczestniczka. Biwakowanie upływało w miłej atmosferze, zbierali grzyby, spacerowali po uzdrowisku, bowiem zwyczajowo urządzili sobie dzień turysty.

W trzecim dniu po obiedzie przez Wołtuszową, Wisłoczek, Tarnawkę, Puławy Dolne i Wernejówkę przeszli do Polan Surowicznych. Na ostatnim odcinku siedmiokrotnie musieli przechodzić w bród przez potok Surowiczny. W kolejnym dniu przez Banię doszli do Daliowej. Tam nocowali w boisku rodziny Bogaczów.

Potem poszli przez Jaśliska do Jasiela, wsi wyludnionej i doszczętnie zrujnowanej. Tam zostali na nocleg. Z Jasiela przez Żołnierską Polanę, wzdłuż granicy polsko-czechosłowackiej, podążali na wschód przez Pasikę i Garb Średni, aż doszli do przełęczy Radoszyckiej i w okolice Nowego Łupkowa.

Na drugi dzień dwoje uczestników odjechało z Łupkowa do domu, natomiast reszta kolejką wąskotorową pojechała do Cisnej, gdzie rozbili obóz na nocleg.

Z Cisnej znów przejazd wąskotorówką do Smereka, skąd część weszła bez plecaków na szczyt Smerek. 12 września po porannej mszy wyruszyli przez Fereczatą i Okrąglik wzdłuż granicy polsko-czechosłowackiej do Roztok Górnych. Szli w deszczu, ale było wesoło i ze śpiewem. Zatrzymał ich patrol WOP, wylegitymował i zakwaterował w swojej stanicy, oddając do dyspozycji jedno pomieszczenie i kilka wiązek słomy zamiast materacy.

Na drugi dzień rano „Wujek” odprawił mszę święta przy zasłoniętych oknach, żeby się wopiści nie zorientowali. Potem wyruszyli w drogę do Cisnej i nie zważając na padający deszcz, weszli na Łopiennik. Tam przenocowali w schronisku, po czym przez Durną zeszli do Kołonic, pospacerowali po Baligrodzie i jeszcze tego samego dnia dojechali do Łukawicy, gdzie wsiedli do pociągu (14 września) i pojechali do Zagórza, stąd zaś dalej do Krakowa.

W roku 1958 ks. Karol Wojtyła również dwukrotnie wypoczywał w Bieszczadach. Przyjechał nie wcześniej niż 15 lipca.

Tym razem po Bieszczadach wędrował samotnie. Był to chyba koniec lipca 1958 r., gdy już przebąkiwano o bliskim wyniesieniu wciąż młodego jeszcze księdza do godności biskupiej.

Spotkaliśmy się zupełnie nieoczekiwanie w bardzo pięknej scenerii na bieszczadzkiej połoninie pełnej kwiatów i zapachów – wspominała przed laty Irena Sławińska. – Żar słońca zachęcał do biwaku i sjesty. Nasza mała grupka rozłożyła się więc na stoku. Nagle z bujnych traw wyłonił się samotny wędrowiec z plecakiem, był to właśnie ksiądz profesor Karol Wojtyła. Jakże odmieniony, ani śladu zwykłych kpinek i uśmiechów. Zamyślony, jakby już przygniatał go ciężar odpowiedzialności.

Dał się jednak nakłonić do wspólnego śniadania i zaraz otworzył swój plecak. Rozłożyliśmy kanapki. Rozmowa toczyła się po francusku, gdyż właśnie Bieszczadami raczyłam swoją koleżankę z Francji. Manifestowała tak gorąco swoje zauroczenie, że wędrowiec też się ożywił. Zgromił mnie jednak, gdy zaczęłam:
– Wieść głosi, że…
Położył palec na ustach i wkrótce zanurzył się w wysokie trawy. Samotną wędrówką do czegoś się przygotowywał, coś żegnał.

W tym też roku od około 23 lipca do 2 sierpnia biskup Wojtyła wędrował po Bieszczadach razem z prof. Andrzejem Półtawskim i z sześcioosobową grupą młodzieży.

Znów wszystko trzeba było nieść w plecakach. Zapas konserw z wołowiną, makaron i chleb. „Wujek” jadł niewiele, najlepszy apetyt miał Andrzej Półtawski. Obaj toczyli między sobą nieustanne dysputy filozoficzne.

Kolejny pobyt wypadł w roku 1960. 17 sierpnia w Bieszczady przyjechali razem z „Wujkiem” biskupem w 17 osób.

Pociągiem z Krakowa przez Zagórz do Komańczy. Stąd doszli do Jeziorek Duszatyńskich, gdzie założyli biwak. Najpierw kilka osób kąpało się w jeziorkach. Ale było już dość chłodno, bo pogoda nagle załamała się, stanął porywisty wiatr i temperatura spadła do kilku stopni. Z trudem rozbijali kolejne namioty.

W trzecim dniu dołączyło do nich jeszcze pięć osób. W kolejnym zrobili wypad na Gabry Wierch nad Cisowcem. Jedna z uczestniczek obozu obchodziła akurat 21 urodziny, więc było uroczyste ognisko i koncert, na którym ks. biskup Wojtyła spełnił jej prośbę i zaśpiewał balladę o Luisie.

21 sierpnia zeszli do Baligrodu przez przełęcz Żebrak i Rabe. Stąd pojechali do Cisnej i dalej pieszo do Smereka wsi. Tam założyli kolejny biwak.

22 sierpnia odprowadzili „Wujka” do Cisnej, skąd odjechał, bowiem 23 sierpnia w Lublinie na KUL-u miał wykłady dla księży. Oni zostali i czekali na jego powrót w Jaworzcu. Dołączył do nich już 25 sierpnia, przywożąc im szarlotkę od zakonnic, u których w Lublinie mieszkał.

W następnym dniu przez Kalnicę poszli na Falową. Niestety wyszli trochę za późno, bo około południa, i nie udało im się powrócić do obozu przed nocą, między innymi dlatego, że zgubili drogę. Zeszli więc w okolicy Buka w dolinę Solinki, którą pokonali w bród.

Nocowali w lesie, przy ognisku. Byli głodni i nie mieli nawet wody. Rankiem wyruszyli na azymut i chaszczując dopiero około południa dotarli do obozu, przechodząc ostatni odcinek drogi korytem Wetlinki. „Wujek” odprawił mszę świętą. Jako że był to czas postu eucharystycznego, który obowiązywał od północy, nie mogli nic zjeść przed komunią świętą.

28 sierpnia wyruszyli przez Zawój na Szczycisko, przeszli w bród przez San w Tworylnem i weszli na Otryt. Tam zostali na noc i odmówili Apel Jasnogórski. W dniu następnym szli grzbietem Otrytu aż do szczytu Trohaniec, gdzie znów nocowali.

30 sierpnia zeszli do Smolnika. Tam wsiedli w autobus i dojechali nim do Zagórza, do stacji kolejowej, skąd odjechali do Krakowa.

W 1963 r. biskup Karol Wojtyła wybrał się znów w Bieszczady razem z przyjaciółmi, dawnymi studentami, z którymi dziesięć lat wcześniej był po raz pierwszy na Tarnicy.

Przyjechali tu w pierwszym tygodniu lipca 1963 r. i wycieczka trwała zaledwie trzy dni. Przyjechali samochodami do Berehów Górnych. Stamtąd zrobili wypad na okoliczne połoniny: Caryńską i Wetlińską. Na połoninach było w tym czasie mnóstwo poziomek.

Wieczorami przy ognisku wspominano tamtą bieszczadzką eskapadę, ale także zapewne i kolejne, bo przecież wielu uczestników wędrówek sprzed dziesięciu, a nawet i więcej lat, bywało z nim co roku na różnego rodzaju rajdach i spływach. Rano jak zawsze była msza święta.

Kardynał Karol Wojtyła, metropolita krakowski, odwiedził po raz ostatni Bieszczady 7 lipca 1968 r. Była to jednak wizyta kanoniczna.

Przyjechał do Jasienia koło Ustrzyk Dolnych, by dokonać intronizacji cudownej ikony rudeckiej na ołtarz jasieńskiego kościoła. Tym samym zdecydował o powstaniu tu Bieszczadzkiego Sanktuarium Maryjnego.

Na zakończenie uroczystości, w których wzięło udział 15 tysięcy wiernych, kardynał Wojtyła powiedział m.in.:

„Człowiek, gdy postawi sobie dom i urządzi się w nim jak najlepiej, wtedy siedząc patrzy po ścianach mieszkania i widzi, że są puste, by zaradzić tej pustce idzie, kupuje jakiś, obraz i wiesza go na ścianach domu swojego. Dziś na tych przepięknych, a dotąd pustych ścianach górzystych Bieszczadów, umieszczono Cudowny Obraz Matki Najświętszej, aby królowała na budzącej się do lepszego życia bieszczadzkiej ziemi. Ale prócz obrazów, jakie wieszamy po ścianach naszych domów jest jeszcze inny, najcenniejszy ze wszystkich, w którym Maryja chce mieszkać, to obraz serca każdego człowieka, bo w nim jak w zwierciadle najlepiej uwidacznia się miłość dzieci do Matki Bożej. I największą radością będzie dla Niej to, gdy z czystym sercem pełnym miłości Boga i bliźniego powrócimy stąd do swoich domów.”


Zdjęcie: Barbara Chrobak site

Źródło: http://www.potockiandrzej.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=30

Dodaj komentarz