Wulgaryzacja prawa własności

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem w internecie o tym, że Sejm uchwalił nowelizację ustawy o ochronie przyrody i ustawie o lasach, która wprowadza zniesienie ograniczenia właściciela nieruchomości prywatnej w usuwaniu drzew i krzewów rosnących na jego działce, powiedziałem „Nareszcie!”. Myślałem, że wszyscy będą zadowoleni z tak pozornie małej, ale idącej w dobrym kierunku zmiany. A tu jednak nie! 


Ściąć i pozbyć się problemu, czy zostawić i walczyć z biurokratami?

W króciutkiej notce na facebooku, zażartowałem, że Minister Środowiska musi chyba czytać Monitora Leśnego, a zwłaszcza musiał przeczytać artykuł o fikcyjnym właścicielu lasu w PolsceArtykuł poruszał rzeczywistą moc właściciela lasu, w jego panowaniu nad swoją leśną inwestycją. Inwestycje leśne w Polsce nie istnieją, i jeszcze długo nie będą, jeżeli przepisy pozostaną takie jak są w chwili obecnej.

Dlatego kiedy przeczytałem o tym, że właściciel nieruchomości będzie mógł wyciąć sobie drzewo kiedy zechce, bardzo się ucieszyłem. Zaraz oczywiście przyszło rozczarowanie, kiedy doczytałem, że tylko obwody drzew zostaną podwyższone. No, ale dobre i to. Pomyślałem wówczas, że i tak większa grupa ludzi złapie się w nowo stworzonych widełkach dla obwodów ich drzew i będą mogli śmiało zarządzić swoją nieruchomością. Pomyślałem również o tych biednych drzewach, przed wziętymi z „sufitu” obwodami drzew. No bo co właściciel działki robił, kiedy drzewko dochodziło do ustawowych rozmiarów. Wycinał, aby nie mieć żadnych biurokratycznych problemów. Teraz przynajmniej te drzewka będą mogły pożyć sobie trochę dłużej, ale dalej do określonego obwodu.

Dalej uważam, że te kosmetyczne zmiany są bardzo charakterystyczne dla starego systemu, czyli kontoli Państwa nad obywatelem. Innymi słowy, to Państwo ma kontrolować i mówić „głupim” właścicielom lasów i drzew, kiedy i czy w ogóle można je ściąć na ich własnych podwórkach. Smutne to, ale niestety prawdziwe. A chyba to nie tak powinno wyglądać, prawda? Bo to nie Państwo żyje na codzień obok tych drzew i krzewów. I już na pewno nie Państwo powinno o tym decydować, i karać.

Fatality na lasach prywatnych w Polsce

Karanie właścicieli nieruchomości za posiadanie drzew, czyli pisanie litanii przepisów, do niczego nie prowadzi. Zniechęca tylko ludzi, przed posiadaniem drzew na własnych działkach. Innymi słowy, prawo działa tutaj kompletnie odwrotnie do zamierzeń. To prawda, pod groźbą kar finansowych, chroni te drzewa, na które właściciele mieli chrapke. Jednakże, moim zdaniem, zniechęca wielu (a ta liczaba jest zapewne większa) do posiadania jakiegokolwiek drzewa na własnej posesji, właśnie ze względu na rygorystyczne prawo, wpychające się swoimi buciorami w życie prywatne człowieka, który na swój sposób chce kształtować otoczenie swojego gniazda.

Uważam, że prawo własności nie powinno być niczym ograniczone, za wyjątkiem prawa własności sąsiada.

Także, można by wiele powiedzieć o naszym prawie, jednakże tę akurat zmianę płynącą z Ministerstwa Środowiska, traktowałem jako idącą w dobrym kierunku.

Życzliwi przeciwnicy

A tu nagle, następnego dnia czytam, na fejsbookowym profilu Pana Krzysztofa Hermana (jego wpis tutaj) (przewodniczącego Fundacji Na Rzecz Wspólnot Lokalnych „Na miejscu”, a także doktora w Katedrze Sztuki Krajobrazu SGGW) o apelu środowiska naukowców zajmujących się ochroną przyrody/krajobrazu do Senatorów. Pan Herman pisze tak:

„Dziś do 21 zbieramy podpisy. Podpisy zbiera Anna Fogel (autorka tekstu- prawnik). Wysyłajcie jej maila na adres xxx z podaniem imienia nazwiska, tytułu lub stopnia naukowego i afiliacji. Pani Anna zamyka listę o 21 wtedy skompiluję listę (w porządku alfabetycznym)”

A tutaj już sama treść listu, napisana tak jak wspomniano, przez Panią Fogel:

Szanowni Państwo Senatorowie

Do Senatu skierowana została ustawa o zmianie ustawy o ochronie przyrody oraz ustawy o lasach.
Zgodnie z ustawą , usuwanie drzew i krzewów z nieruchomości stanowiących własność osób fizycznych na cele niezwiązane z prowadzeniem działalności gospodarczej zostanie całkowicie wyłączone z obowiązku uzyskania zezwoleń a w przypadku innych podmiotów – dozwolone w znacznie szerszym, niż obecnie, zakresie.
Przedłożona ustawa nasuwa bardzo poważne wątpliwości do jego zgodności z konstytucyjnym wymogiem zrównoważonego rozwoju (art. 5 Konstytucji RP) oraz powinnością respektowania dobra wspólnego. Ochrona prawna drzew i krzewów w polskim porządku prawnym, w tym obejmująca reglamentację ich usuwania, pełni szczególną rolę. Drzewa i krzewy, także rosnące na gruntach prywatnych, stanowią niewątpliwie dobro wspólne. Pełnią istotne funkcje prozdrowotne, upiększają polski krajobraz, stanowią również element dziedzictwa historycznego i kulturowego.
Drastyczna deregulacja, polegająca na zmianie obowiązku uzyskania zezwolenia na usuwanie drzew i krzewów, doprowadzi do ich niekontrolowanej wycinki, nieodwracalnie zmieniając polski krajobraz i degradując warunki życia w polskich miastach. Nie kwestionując konieczności zmian obecnie obowiązujących przepisów, które w wielu miejscach są zbyt restrykcyjne, apelujemy jednak, aby zostało to dokonane w oparciu o właściwe wyważenie wartości, analizy prawne i konsultacje społeczne. Należy przypomnieć, że poddany w lecie br br. rządowy projekt zmian przepisów w zakresie usuwania drzew i krzewów był przedmiotem licznych uwag społeczeństwa, środowisk naukowych, jak również samej administracji rządowej. Przedłożony Senatowi projekt uchwalony przez Sejm został w ciągu kilku dni, bez merytorycznej i legislacyjnej debaty i rozważenia skutków wprowadzenia nowych przepisów.
Jako przedstawiciele nauki zajmujący się ochroną środowiska oraz przedstawiciele środowisk prawniczych apelujemy do Senatorów RP o odrzucenie przedstawionej ustawy albo też wprowadzenie w niej znaczących poprawek dotyczących co najmniej łagodzenia – ale nie całkowitego zniesienia – pozwoleń na usuwanie drzew przez osoby fizyczne, na terenach zabytków wpisanych do rejestru zabytków oraz na terenach form ochrony przyrody. Warto pamiętać, w jak skuteczny sposób Senat doprowadził do poprawy przepisów tzw. „ustawy krajobrazowej”. Dlatego też pokładamy wielkie nadzieje w pracach legislacyjnych Wyższej Izby Parlamentu.
Nie sposób w tym miejscu nie przywołać nauki Wielkiego Polaka, Jana Pawła II. W encyklice Redemptor hominis zawarto słowa:

„Człowiek dzisiejszy zdaje się często nie dostrzegać innych znaczeń swego naturalnego środowiska, jak tylko te, które służą celom doraźnego użycia i zużycia. (…) Zdaje się, że jesteśmy coraz bardziej świadomi, iż eksploatacja ziemi, planety, na której żyjemy, domaga się jakiegoś racjonalnego i uczciwego planowania”.

Natomiast w encyklice Solitudo Rei Socialis znalazły się następujące słowa:

„Należy lepiej uświadomić sobie, że nie można używać różnego rodzaju bytów żyjących lub nieożywionych, składników naturalnych, roślin, zwierząt, w sposób dowolny, jedynie według własnych potrzeb gospodarczych. Przeciwnie, należy brać pod uwagę naturę każdego bytu oraz ich wzajemne powiązanie w uporządkowany system”.

Poczytałem sobie trochę komentarze z profilu Pana Hermana, i w jednym z nich Pani Fogel napisała tak:

„Porozsyłałam ale doprawdy nie wiem czy ustawa już nie uchwalona:( Jeżeli przejdzie przez Senat to jak zaznaczałam ponowimy apel do Prezydenta, więc wtedy nowe osoby nadal potrzebne. W 6 godzin i przez fb trudno zmobilizować ludzi ale podpisał się tylko jeden Dr hab. Jeżeli będziecie jutro na uczelniach – działajcie! Bardzo wszystkim dziękuję. Ostateczna lista sygnatariuszy:”

I poniżej, wklejam Wam tę listę, aby ją przeanalizować. Jednak zanim to zrobię zastanówcie się sami, co łączy te osoby:

1. Dr inż. arch. Krajobrazu Mariusz Antolak, Katedra Architektury Krajobrazu, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
2. Dr Cezary Brzeziński, Wydział Ekonomiczno – Socjologiczny, Uniwersytet Łódzki (moja uwaga, Pan doktor zajmuje się planowaniem przestrzennym, nie ekonomią)
3. Dr inż. arch. krajobrazu Monika Domanowska
4. Szymon Ciupa, mgr inż. gospodarki przestrzennej, smartcity-expert.eu,
5. Beata Dreksler, mgr inż. architekt krajobrazu. Afiliacja: doktorant SGGW Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
6. Dr Anna Fogel, Instytut Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa w Warszawie, radca prawny
7. Dr Piotr Fogel, Instytut Gospodarki Przestrzennej i Mieszkalnictwa w Warszawie
8. Grzegorz Goleń, doradca podatkowy
9. Krzysztof Gruszecki, radca prawny
10. Dr hab. inż.Agnieszka Jaszczak Katedra Architektury Krajobrazu Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
11. Dr inż. Krzysztof Herman adiunkt, Katedra Sztuki Krajobrazu Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie
12. Dr Małgorzata Hanzl, Instytut Architektury i Urbanistyki, Politechnika Łódzka
13. Michał Krasucki, p.o. Stołecznego Konserwatora Zabytków
14. Dr Katarzyna Kułak-Krzysiak, Wydział Prawa i Administracji, Katolicki Uniwersytet Lubelski
15. Dominika Kwiatkowska Mgr inż. arch. Krajobrazu, doktorantka Katedra Architektury Krajobrazu Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
16. Maciej Łepkowski mgr filozofii doktorant w Katedrze Sztuki Krajobrazu Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie
17. Dr inż Izabela Myszka-Stąpór Katedra Sztuki Krajobrazu Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie
18. Tomasz Niewczas, mgr inż. arch. krajobrazu
19. Katarzyna Agnieszka Ruszczycka mgr inż. arch. kraj., Wydział Kształtowania Środowiska i Rolnictwa, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
20. dr inż. Maja Skibińska architektka krajobrazu Katedra Sztuki Krajobrazu, Wydział Ogrodnictwa, Biotechnologii i Architektury Krajobrazu, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie
21. Karolina Skonieczna, mgr inz. arch. krajobrazu
22. Miłosz Sobiś, radca prawny
23. Dr Anna Staniewska, Instytut Architektury Krajobrazu, Politechnika Krakowska
24. Dr Przemysław Stolarz, Warszawski Uniwersytet Medyczny (moja uwaga, ???)
25. Dr Małgorzata Szalewska, Wydział Prawa i Administracji, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
26. Joanna Tomaszkiewicz, mgr inż. arch. kraj. członkini Krajowej Komisji ds. Ocen Środowiskowych
27. Dr Jacek Trzewik, Wydział Prawa i Administracji, Katolicki Uniwersytet Lubelski
28. Agnieszka Waszak, mgr inż. arch. Krajobrazu
29. Katarzyna Wielgołaska mgr inż architekt krajobrazu
30. Anna Wilczyńska, mgr inż. arch. krajobrazu, doktorantka na Wydziale Ogrodnictwa, Biotechnologii i Architektury Krajobrazu, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie
31. Dr hab. Kalina Wojciechowska, Chrześcijańska Akademia Teologiczna
32. Dr Marta Woźniak, Wydział Prawa i Administracji, Uniwersytet Opolski

Krótka analiza

Kim są i czego chcą?

Zawsze kiedy widzę różnego rodzaju protesty, strajki, czy Majdany, zaczynam się zastanawiać jakie interesy mają strony konfliktu, a także jakie straty mogą ponieść w świetlen nowych zmian.

Kabaret Ministra i Lasów Państwowych.

Ja widzimy z powyższej tabeli, za protestem stoją prawnicy oraz architekci krajobrazu. Odnośnie tych pierwszych to mogę się tylko domyślać, że nowa ustawa spowoduje, że będą mieli mniej spraw do prowadzenia i ich finanse podupadną. Przypomnę, że przepisy prawne do tej pory były/i jeszcze raczej są (gdyż w nowych zmianach nic nie słyszałem w mediach o redukcji kar – a raczej taką dobrocią każdy Rząd chciałby się pochwalić) wręcz absurdalne. Jak pisała Gazeta Prawna w 2014 roku, w artykule pod wymownym tytułem „Wyciąłeś własne drzewo bez zezwolenia? Czeka cię surowsza kara niż za kradzież”dwóch autorów złożyło skargę do Trybunału Konstytucyjnego, gdyż musieli zapłacić odpowiednio 150 i 101 tys. zł kary za wycięcie bez zezwolenia chorego buka i obumierającej topoli (sic!). Podczas gdy kary za kradzież drewna czy to z państwowego, czy z prywatnego lasu były dużo dużo niższe, a wręcz śmieszne przy karach rzędu stu tysięcy złotych. A jak kary wysokie, to wtedy warto płacić prawnikom, aby tych kar uniknąć, prawda? Dlatego uważam, że prawnicy zajmujący się takimi sprawami ucierpią delikatnie na nowych zmianach, bo liczba spraw się po prostu zmniejszy.

Co do interesów architektów krajobrazu, to szczerze powiem, ale nie mam pojęcia jakie straty mogą ponieść przy nowych zmianach przepisów. Może ktoś z czytelników mi podpowie? Piszcie śmiało w komentarzach.

Argumenty

Czas na argumenty wyżej wspomnianych grup interesu. Pierwszy argument to złamanie „konstytucyjnego wymogu zrównoważonego rozwoju”, drugi to  „powinność respektowania dobra wspólnego” na gruntach prywatnych

Po pierwsze, zrównoważony rozwój każdy może sobie zdefiniować  jak chce (Konstytucja nie określa czym jest, a czym nie jest zrównoważony rozwój, więc jest to tylko „puste” wyrażenie). Na przykład w języku potocznym pojęcie zrównoważonego rozwoju ma, w zależności od kontekstu, nieco inne znaczenia: często używane jest jako synonim zachowań „proekologicznych”, zaś w środowiskach biznesowych jest utożsamiane z sukcesem i innowacyjnością. Dobrze jak biznes i ekologia idą w parze, ale wiemy, że nie zawsze jest to w interesie biznesu. Dlatego też, konsekwencją żądań, aby wszystko co nas otacza rozwijało się w sposób „zrównoważony”, może być, że doczekamy czasów kiedy ludzie będą oskarżać się o to, że sąsiad zachowuje się w sposób niezrównoważony w czynie i na umyśli.

Po drugie, w czasach rzymskich res immobiles (nieruchomości) były przedmiotem prywatnej własności i nie wchodziły do grupy rzeczy wyłączonych z obrotu prawno-majątkowego (Res extra commercium). Nieruchomości były definiowane jako „grunty i wszystko to, co trwale z gruntem związane w sposób naturalny lub sztuczny; znajdujące się na gruncie i trwale z nim połączone zabudowania, również rośliny i drzewa stanowią część składową gruntu (zasada superficies solo cedit – to, co połączone z powierzchnią gruntu, należy do gruntu”. 

Ktoś powie, że żyjemy w Polsce i tutaj nie szanuje się własności prywatnej. I będzie miał dużo racji. Jednakże, jeżeli konsorcjum prawników i architektów krajobrazu powołuje się na to, że moje drzewo na moim własnym podwórku jest dobrem wspólnym, czyli niesie ze sobą pozytywne efekty zewnętrzne dla ludzi w okolicy, to chciałbym, aby również Ci sami prawnicy i architekci krajobrazu zrekompensowali mi, negatywne efekty zewnętrzne, czyli np. kiedy drzewo, będące w słabej kondycji zdrowotnej zwali się na mój dom.

Moje zdanie na temat własności prywatnej i jej deptania możecie przeczytać w poście Fikcyjny właściciel lasu w Polsce

Później w liście prawników-architektów krajobrazu czytamy o złagodzeniu pozwoleń na usuwanie drzew przez osoby fizyczne, na terenach zabytków wpisanych do rejestru zabytków oraz na terenach form ochrony przyrody„. Tutaj trochę się pogubiłem, gdyż uważam kompletnie odwrotnie. Uważam, że na terenach terenach zabytków wpisanych do rejestru zabytków oraz na terenach form ochrony przyrody przepisy powinny być bardziej restrykcyjne, gdyż w jakimś celu te tereny zostały zaklasyfikowane do takich kategorii, czyli innymi słowy, jest tam co chronić. Właściciel kupując taką działkę, powinien liczyć się z konsekwencjami jej statusu. 

Ostatnie błędne założenie prawników-architektów dotyczy tego samego podejścia co pracowników Lasów Państwowych. To że uwolnimy prywatnych właścicieli swoich drzew, czy całych lasów prywatnych, to nie znaczy, że następnego dnia wszyscy jak jeden mąż ruszą z piłami łańcuchami i siekierami na swoje drzewa, karczując co tylko im wpadnie w ręce.

No i ostatnie. Właśnie zdjęcie takich rygorystycznych przepisów, karających w gruncie rzeczy prywatnych właścicieli za posiadanie czegoś na własność, może wywołać kompletnie przeciwne skutki do zakładanych przez prawników, architektów krajobrazu, czy państwowych leśników. Zdjęcie kajdan „prywatnym” właścicielom może spowodować, że zaczną oni sadzić drzewa, gdyż będą wiedzieli, że mogą aktywnie zarządzać swoim mieniem i nie bać się kar rzędu 100 tysięcy złotych. Moim zdaniem, w obecnych czasach, tak horendalne kary, zniechęcają ludzi przed posiadaniem drzew czy lasu.

Podsumowanie

Podsumowując powyższe, uważam, że na działkach prywatnych w Polsce powinna działać „wolna amerykanka”, taka jaka jest np. w południowo-wschodnich Stanach Zjednoczony. Tam jeżeli właściciel chce ściąć swój las i zasadzić tulipany, ma pełne do tego prawo. Nawet może je zasadzić na działce rolnej. To dlaczego się tak nie dzieje zbyt często jest fakt rozumienia przez tamtejszych właścicieli teorii renty gruntowej i traktowania przez nich kawałka ziemii jako inwestycji. Nie ma tam również ostrych przepisów odnośnie pojedynczych drzew na własnym podwórku, a jednak domy otoczone są nimi.  Wychodzi się z założenia, że tak jak dom, każdy umeblowuje jak mu się podoba, tak i podwórko każdy powinien przekształcać wedle swoich upodobań.

Za tą „wolną amerykanką” idzie oczywiście odpowiedzialność, czyli swoim działaniem nie możemy wyrządzać krzywdy sąsiadowi (a wycięcie drzewa krzywdzi jemu na pewno tak „zrównoważony rozwój” jak kupno nowego samochodu przez innego sąsiada).

Odnośnie tytułu niniejszego posta, termin „wulgaryzacja prawa” odnosi się do przyjmowania oraz zniekształcania prawa rzymskiego przez barbarzyńców. I niestety, ale moim zdaniem sztuka prawnicza wiele straciła po II Wojnie Światowej. Prawo stało się dość prymitywne, a przepisy ujmowane w Polsce są zbyt kazuistyczne, czyli zbyt skomplikowane i posiadające niejasną argumentacj, polegająca na naginaniu argumentów w celu uzasadnienia jakiejś tezy. I tak na przykład odczytuję argumenty Partii Zielonych, wspomnianych prawników-architektów, czy strony uratujcie drzewa. Ta ostatnia na przykład argumenentuje, że drzewa zwiększają bezpieczeństwo na drogach (ciekawe), czy produkują tlen, neutralizują zanieczyszczenia powietrza i zwiększają wartość nieruchomości (zgoda, ale co to ma w ogóle do rzeczy- to chyba każdy właściciel powinien o tym am decydować jakie chce mieć otaczające środowisko).

I na koniec, ja wiem, że żyjemy w czasach socjalistów z krzyżami w zębach, którzy na siłę chcą przekonać ludzi do religii (co działa oczywiście odwrotnie) organizując konferencje naukowo-religijne w duchu „Laudato sii”. Jednakże, uważam, że cytowanie Jana Pawła II i innych encyklik w tego typu listach działa na zasadzie „wazeliny”. Argumenty dobre, autorytet niepodważalny, ale pojawia się pytanie czy warto mieszać Państwo z Kościołem?


Zdjęcie główne: Scena walki o drzewo – film Avatar.

8 myśli na temat “Wulgaryzacja prawa własności

  1. Szanowny Panie,
    Kiedy wróciłam do Polski 5 lat temu po 29 latach za granicą ze zdumieniem stwierdzałam jak niewielu Polaków rozumie koncept „zrównoważonego rozwoju”. Nawet politycy na bardzo wysokich stanowiskach w państwie nie rozumieją o co tu chodzi i nie znają definicji tego pojęcia. Pan prezydent Komorowski mówił np. o zrównoważonym rozwoju w kontekście niwelowania różnic między Polską A a Polską B. I nie on jeden. A nie ma tu niestety żadnej dowolności. Termin został wprowadzony i zdefiniowany w 1987 r w tzw „Raporcie Brundtland” (od nazwiska Gro Harlem Brundtland) Światowej Komisji ds. Środowiska i Rozwoju, która przyczyniła się swoim raportem do zwołania Szczytu Ziemi w Rio w 1992 roku. Termin ten od tej pory używany jest na całym świecie, w tym w Unii Europejskiej. Stał się podstawą polityk rozwoju ONZ, UE i większości krajów na świecie. Co prawda polski termin „zrównoważony” rozwój nie oddaje w pełni idei zawartej w jego definicji, dobrze oddanej w oryginalnym angielskim terminie „sustainable” development. Dlatego na początku mówiło się raczej „trwały” rozwój, albo „ekorozwój”. Bo definicja jest taka: (cytat z raportu Brundtland) „Na obecnym poziomie cywilizacyjnym możliwy jest rozwój zrównoważony, to jest taki rozwój, w którym potrzeby obecnego pokolenia mogą być zaspokojone bez umniejszania szans przyszłych pokoleń na ich zaspokojenie.” Kluczem jest więc troska o przyszłe pokolenia. No więc może się już pan domyśla, że skoro chodzi o przyszłe pokolenia, to pewnie ma to jednak coś wspólnego ze środowiskiem i przyrodą… Otóż tak, uznano, że aby rozwój mógł być zrównoważony, musi w równym stopniu brać pod uwagę aspekty ekonomiczne (gospodarcze), aspekty społeczne i aspekty ekologiczne (środowiskowe). Towarzyszyć temu musi przejrzyste zarządzanie. To wszystko znajdzie pan na pewno w Wikipedii albo jakiejkolwiek encyklopedii internetowej. Dlatego w naszej konstytucji nie było potrzeby definiować tego terminu. Ale nasze kolejne elity władzy, chciwe i egoistyczne i w nosie mające przyszłe pokolenia („po mnie choćby potop”…), starały się nie promować tego konstytucyjnego prawa, aby łatwiej było wspierać „prawo do biznesu i inwestycji”, nawet tych bardzo zanieczyszczających środowisko życia Polaków. Dlatego dziś mamy poza Bułgarią najbardziej zanieczyszczone powietrze w UE i prawie 50 tysięcy przedwczesnych zgonów. Polecam europejską mapę zanieczyszczenia silnie rakotwórczym benzo[a]pirenem, na której Polska to purpurowa wyspa Europy…(http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114883,21075739,wyglada-przerazajaco-powinno-wdychamy-rakotworczy-benzo-a.html). Tak się niestety składa, że drzewa, szczególnie te starsze, są znakomitymi pochłaniaczami zanieczyszczeń powietrza. Jest to jedna z tzw. usług ekosystemowych, które nam świadczą drzewa. Pana drzewo świadczy tę usługę nie tylko dla Pana i Pana rodziny, ale dla całej lokalnej społeczności, bo zanieczyszczenia nie znają granic posesji. Tak jak nie znają ich stworzenia żyjące w drzewach. Im starsze drzewo tym więcej ma mieszkańców, niektórzy z nich należą do gatunków chronionych, często żyją w tym drzewie całe swoje życie, to jest po prostu ich dom. Pan sadząc drzewo nie kupił tych istot i jakim prawem ma pan móc niszczyć bezkarnie ich miejsce życia. Nie znając się na przyrodzie może pan bezwiednie zniszczyć gniazdo rzadkiego gatunku w okresie lęgowym. Może to być nawet gatunek ściśle chroniony, bardzo rzadki. A więc drzewo, mimo, że rosnące na pana działce nie do końca jest pana własnością, bo jego mieszkańców pan nie kupił. Własność prywatna jest to kwestia umowna ludzi, a co zwierzęta mają do tego, dlaczego mają płacić swoim życiem i cierpieniem za naszą umowę społeczną? A stare drzewo to prawdziwe osiedle mieszkalne! Jakim prawem człowiek ma mieć prawo niszczyć tak po prostu miejsce życia wszystkim tym stworzeniom? Oczywiście, że potrzebne są zezwolenia na wycinkę dorosłych drzew i kary za wycinki bez zezwoleń! Po to w urzędach są wydziały ochrony środowiska z kompetentnymi urzędnikami, albo współpraca urzędu z organizacjami ekspertów dendrologów i ekologów, aby nie popełniać wielkich szkód przyrodniczych tam gdzie nie jest to konieczne, a tam gdzie jest to konieczne jak najlepiej te szkody rekompensować. Tego wymaga „zrównoważony rozwój” gwarantowany w art. 5 naszej Konstytucji.

  2. Jak widać argumenty za i przeciw ,jak zwykle rozkładają się pół na pół.
    Ja mimo wszystko jestem za swobodniejszym dysponowaniem własnym majątkiem .Myślę, że w nowym przepisie powinno znaleźć się prawo do szczególnie uzasadnionej ingerencji administracyjnej po powiadomieniu właściciela działki o zamiarze usunięcia drzew i krzewów np.dla ochrony lęgów ptaków itp…itp…
    Z tymi oświeconymi urzędnikami też bym nie przesadzał.Całe życie byłem urzędnikiem i b.dobrze znam „wartość „rozwiązań administracyjnych ,które powinny być stosowane w ostateczności i w szczególnie uzasadnionych przypadkach z zachowaniem instancyjności, gdyż każdy z urzędników ma swoje pojęcie o praworządności i przeważnie kieruje nim chęć zabezpieczenia interesów własnych lub grupy lokalnej /przykładów aż nadto/.
    Jednym słowem „aurea mediocritas”,ale jestem przekonany ,że i w tej dziedzinie nastąpią jeszcze zmiany byle by to nie odbywało się co chwilę.

  3. Problem z dotychczasowym prawem był taki, że praktycznie nie obowiązywało na gruntach komunalnych, czyli tych bardzo istotnych jako „zielone płuca” miast i osiedli. Tam urzędnicy wydawali te zezwolenia bez większego problemu, niekiedy sami sobie co było potem podważane przez sądy administracyjne. Gorzej było na gruntach prywatnych, gdyż tam problemy wynikały często z nieświadomości ludzi, instytucji „dobrego” sąsiada i donosów. Jak ktoś wniosek (a to niestety wymagało mapek z geodezji itd.) o wycinkę złożył to pozwolenie praktycznie zawsze dostał. Na pewno w przypadku wycinki bez papierów kary były absurdalnie wysokie. To prawo, które było – nie było dobre i wymagało zmiany. Tyle, że nowelizację zrobiono trochę na zasadzie „wajha w prawo – wajha w lewo”. W przypadku właścicieli prywatnych, nie prowadzących wycinki w ramach działalności gospodarczej nie ma żadnych ograniczeń. Te podwyższone obwody dotyczą innych właścicieli (czyli m.in. komunalnych, spółek, firm). Według mnie wiele się nie zmieni – ludzie prywatni raczej nie rzucą się do wycinania, a gminy i miasta jak cięły tak ciąć będą

  4. W jednym się mylisz i to bardzo poważnie – ustawa o ochronie przyrody znosząca obowiązek uzyskiwania zezwoleń na wycięcie drzew nie obowiązuje na gruntach będących lasem.

    1. Masz 100% racje crocidura. Osobiście rozgraniczam te dwie rzeczy, być może, w ferworze pisania nie rozgraniczyłem tych dwóch rzeczy zbyt dobrze.

  5. Mam ambiwalentne uczucia jeśli chodzi o nowe przepisy. Z jednej strony jasne, niech każdy rządzi swoim terenem, ale skoro żyjemy w jednym państwie, to nie można myśleć tylko o sobie, jesteśmy zobowiązani prawem. Powinniśmy mieć wpływ na to, co się dzieje wokół nas, chociaż każdy ma indywidualne podejście do przyrody i dyskusja jest naprawdę zacięta. O ile pojedynczy właściciele działek raczej nie wyrżną wszystkiego w pień i zostawią pusty plac, o tyle deweloperzy – i piszę to z własnego, przykrego doświadczenia – nie mają z tym najmniejszego problemu. W miastach coraz mniej zielonych enklaw, coraz więcej blokowisk, wokół których rosną pojedyncze, rachityczne drzewka w donicach w miejsce np. kilkudziesięcioletnich, pięknych modrzewi – tu odwołuję się do sprawy, która bezpośrednio dotyczy mojej rodziny – które od paru dni są już tylko wspomnieniem. Nikt też nie wynagrodził nam uszkodzenia prawie stuletniego świerka rosnącego na mojej działce, o który zahaczył żuraw. UoOP daje możliwość nakazania nasadzeń zastępczych, ale czy ktoś w ogóle wydaje takie decyzje? Przepraszam, ale brzydko mówiąc, wystarczy „posmarować” i nie ma tematu, powstają kolejne bloki. A zieleni w miastach coraz mniej. Czy wymaganie prawem zrównoważonego rozwoju, czyli dbałość o przyszłe pokolenia (dążenie do poprawy jakości powietrza), to naprawdę takie ograniczenie wolności osobistej? Ja sama się w tym gubię, bo widzę wiele różnych sytuacji i w związku z tym potrafię przyjąć różny punkt widzenia, ale nie mam jeszcze na tyle wiedzy, by zaproponować rozwiązanie, które pogodziłoby interesy różnych stron. Z drugiej strony, wydaje mi się, że nie możemy po prostu przekalkować przepisów z USA, do których się odwołujesz i wszystko będzie cacy. To, co nas różni od innych państw to niestety mentalność i to chyba jest największy problem. Staram się nie generalizować, ale mam wrażenie, że gros ludzi w Polsce widzi tylko czubek swojego nosa, przy czym nie stosuje się do dewizy, by nie szkodzić innym. A nie szkodzić innym to także myśleć o przyszłych pokoleniach. Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz